facebook icon

Nasza walka o życie i zdrowie syna

ekgW wyniku wypadku Maciek doznał zbicia pnia mózgu, płuc, serca, wycięto mu śledzionę, miał złamaną nogę, nie odzyskał przytomności przez kolejne prawie 5 miesięcy.

Biegaliśmy po szpitalnych korytarzach, mimo, że się tu już i wcześniej bywało, jednak generalnie obcych.  Mają go przywieść na OIOM, idziemy pod drzwi OIOMu, ale teraz jest na chirurgii, ma wewnętrzne wylewy, idziemy więc pod chirurgię. O właśnie wywożą z oddziału, łóżko, nad nim kroplówki, jakieś inne urządzenia, a to chyba respirator, Maciek leży nieprzytomny, synku, synku. Oni do windy, my po schodach w dół, znowu pod OIOM, każą czekać, czekamy, … czekamy,…jesteśmy gdzieś w otchłani, ani myśleć, ani rozumieć, jedynie czuć straszny, straszny STRRRAAACHHH, i się modlić… Umyć ręce, tu zlew, włożyć ochraniacze na nogi, można na chwilę wejść, długi korytarz, światło brzydkie, matowe, zimne, Maciek tuż zaraz, drzwi w lewo, dyżurka, białe spodnie, białe chodaki, szyba z jednej i drugiej strony, tam sprzęt, pełno sprzętu, stoją całe kolumny sprzętu, migoczą diody, sine monitory wskazują coś, na przemian, tak, potem tak, potem jeszcze tak… Wśród tych mechanizmów łóżka. Od białych spodni i białych chodaków w lewo, za szybą dwa, w prawo za szybą dwa. Na łóżkach ludzie. Prześcieradło od połowy tułowia. Kobieta z sino-czerwoną, zabandażowaną głową, odkryte piersi. Rura pompuje powietrze. One się ruszają. Dalej stary, całkiem żółty mężczyzna, cyklicznie podrywa go skurcz, drży, sztywnieje, skurcz, drży, sztywnieje, i tak w kółko…

Maciek leży przy ścianie, oczy zamknięte, w ustach gruba rura respiratora, który oddycha za niego. W nosie rurka, z kroplówki płyn, pokarm i lekarstwa, w siusiaku rura, wiadomo cewnik, z lewego boku rura, osącza brudy po operacji śledziony. Jak go cięli to konkretnie, plaster chroniący świeży szew okleja pół tułowia…

Chłopiec jest, ale go nie ma. Nas chyba tak samo. Jeden taboret, siedzi żona, ktoś podsuwa mi drugi. Siadam i zawisam, Boże, Boże, Boże, Boże….
- Proszę wyjść – nie wiem do kogo to mówią, a, do nas, czemu wyjść, jak wyjść, przecież on…, nie wiadomo czy przeżyje noc…., jak to…. wyjść? Pani doktor ma surową twarz, jest długowłosą blondynką, pewnie wartą by się za nią obejrzeć na ulicy, tylko jakoś strasznie wygląda mając za sobą w tle oiomowską salę, i ma strasznie zimne oczy, może dlatego że tu takie światło? I patrzy jakoś tak nie na nas, a my przecież jesteśmy jej bliźnimi co rozpaczają, powinna nam współczuć., rozumieć, pomagać. – Proszę wyjść, wizyty od 14.00 do 16.00. Wychodzimy, odwracam się by popatrzeć w stronę syna, potykam się, czuję wokół zniecierpliwienie, czy nawet rozdrażnienie….     

szpitalPoza stałą opieką lekarską prowadzoną przez personel z OIOMu, co jakiś czas zapraszano na konsultacje lekarzy z innych oddziałów. Byli to chirurdzy, ze względu na te ześrubowaną nogę Maćka, ale też neurochirurdzy i neurolodzy. Spośród tych ostatnich na zawsze zapamiętam jedną postać. Był to ordynator jednego z oddziałów z tego samego szpitala, jednocześnie wojewódzki konsultant w swojej dziedzinie.Mieliśmy z nim już wcześniej kilka ponurych doświadczeń. Po konsultacji u Maćka pan ordynator też mnie nie zawiódł i zachował się  tradycyjnie, czyli podle. Kasia z córką stały na korytarzu przed drzwiami OIOMu, jak zawsze w takim przypadku, oczekując na werdykt. „Nic z niego będzie” oznajmił bez ogródek, „będzie do końca życia leżał o tak”, tu zacisnął pięści, podniósł obie ręce i ułożył je wzdłuż tułowia, z dłońmi przyciśniętymi do szyi.  „Jeśli będzie patrzył w telewizor to będzie dobrze” dodał jeszcze i poszedł. Na korytarzu zostały Kasia i Justynka. Obie zalane łzami.

Zresztą i my sami staraliśmy się by co jakiś czas Maćka zobaczył ktoś z zewnątrz. Nie ma co ukrywać, że szukaliśmy autorytetów, w nadziei, że powiedzą nam to o czym rozpaczliwie marzyliśmy: „tak, miałem podobne przypadki, on przeżyje i wyzdrowieje…” Dzięki rodzinnemu pośrednictwu odwiedził Maćka m.in. znany olsztyński profesor, neurochirurg. Zrobił to za darmo. Zbadał chłopca i powiedział, że jest nadzieja. Bardzo nam było to wtedy potrzebne i to z kilku powodów. Pierwszy – wiadomo, opinia uznanego specjalisty, który widział szanse na przeżycie Maćka było dla nas jak promyk nadziei, której można się uchwycić i szukać w niej siły do dalszego ratowania chłopca. Jego wizyta uświadomiła nam też, że są także lekarze okazujący ludzkie odruchy. Dla Profesora Maciek nie był kupą mięśni i żył, a młodym, dotkniętym przez nieszczęście człowiekiem.

Lekarze i ordynator na OiOMie to ludzie specyficzni. Zapewne to codzienne obcowanie z ludźmi w stanie „o krok od śmierci” , a także ich zrozpaczonymi bliskimi, nie mogło pozostać bez wpływu na ich psychikę. Umiejętność przystosowania się do warunków, zobojętnienie na impulsy płynące z otoczenia   – to jedna z ważniejszych cech człowieka zapewniająca mu przetrwanie w miarę zadowalającym stanie psychicznym.

Lekarze z OiOMu już z racji uzyskanych kwalifikacji zawodowych, oswojeni byli z tym co się dzieje wokół. Praca na oddziale, jedynie taką postawę utrwaliła, być może nawet ją wzmacniając do granic trudnych do przyjęcia przez zwykłego śmiertelnika. O rodzinie leczonego nie wspominając. Lekarze ci bowiem przede wszystkim okazywali wobec chorych i ich rodzin, pełną obojętność. Musze przyznać, że rozmowy z  nimi były niezwykle nieprzyjemne. Człowiek miał poczucie pełnego upokorzenia i poniżenia. Gdybym nie musiał, nigdy do Pana/Pani w białym kitlu nie zbliżył bym się na mniej niż 100 metrów. Ale musiałem. Czy można panie doktorze? Nie teraz? Zaczekać? Przyjść za chwilę? Jutro rano? Chciałbym zapytać o stan syna… Nie wiadomo? Trudno ocenić jednoznacznie? Rokowania mogą być różne? Że może nie przeżyć ???!!!!

Maciek szpitalPielęgniarki dyżurują na stałe przy chorych. Każdej przypisana jest sala podzielona szklanymi ścianami na trzy części. W centrum mieści się ich miejsce dowodzenia. Za każdą ścianą po dwa łóżka. Od nich wiele zależy. Przecież każdy z tych pacjentów to jedynie ciało bez świadomości. Leży i tyle. O nic się nie upomni, nie poprosi, nie awanturuje. Jest bezradny. A my na salę możemy tylko w określonych godzinach, potem na łasce i niełasce. Lepiej żeby na łasce. To się uśmiechamy, przymilamy, chwalimy, podziwiamy kunszt, zaangażowanie, wysiłek… I niesiemy. Codziennie. Niesiemy my, niosą wszyscy pozostali. Czekoladki, ciasteczka, bombonierki, praliny, ptasie mleczka, pełny asortyment produkcji cukierniczych zakładów krajowych i zagranicznych. Tacy jesteśmy sprytni i zapobiegliwi. Ona dostanie od nas prezent, będzie pamiętać o Maćku, by był przykryty i nie marzł, by mu zetrzeć pot z twarzy, by w porę opróżnić worek z moczem, by jakby nie daj Bożę coś, to natychmiast zareagują… Sterty słodyczy, niektóre zjadane, widać otwarte opakowania, część znika. Na nic produkcja, na nic umizgi. One też mają po dziurki tych tam leżących i tych co do nich przyłażą. Jeśli któraś okazuje serce, człowiek cały się wzrusza i wdzięczności nie ma granic… Zawsze biorą, tzn. pozwalają położyć a potem… przestajesz dla nich istnieć…

Trzeba pamiętać, że OiOM ma jeszcze jedną cechę. Chorzy tam trafiający narażeni są na niebezpieczeństwo wewnętrzne – to koszmarne infekcje. Jako, że stosuje się tam najmocniejsze leki, na oddziale fruwają zarazki niespotykane gdzie indziej. I są one niezwykle dziarskie i żywotne, a jednocześnie zjadliwe.  Maciek też był zarażony. Objawiało się to przede wszystkim bardzo wysoką gorączką. Chłopca okładano mokrym prześcieradłem. Pomagało raczej niekoniecznie, tyle co na chwilę.

OiOM Maćka za bardzo nie chciał. Z kilku powodów. Przede wszystkim w pewnym momencie uznano, że chłopiec będzie żył, a to jest oddział ratowania życia. Podstawowy powód pobytu więc zniknął, dziękujemy państwu, pa pa. Chyba było też kilka innych przyczyn, że ordynator nie odczuwał zbytniej ochoty do przedłużania maćkowej obecności pod swoimi skrzydłami. Wokół Maćka było bowiem sporo zamieszania. Ordynatora oraz podległych mu lekarzy atakowało pytaniami i postulatami sporo osób. To że Kasia i ja było oczywiste. Do tego dołączał wujek, lekarz na emeryturze, co to chciał z nimi rozmawiać jak lekarz z lekarzem. W sprawę włączył się też szwagier. Pytał, ale i się domagał wyjaśnień.. Kiedyś po takiej rozmowie ordynator wyglądał na dotkniętego szczękościskiem. Mówiły za to jego oczy. A mówiły żebyśmy jak najszybciej z nich zniknęli. I tak się stało, choć nie tak szybko jakby Pan Ordynator pragnął.
Z OiOMu na górze, Maćka przeniesiono do lżejszego OiOMu na dole. Tu już pielęgniarka nie za szkłem tylko obok, mniej aparatury, nawet czasami pozwalano dłużej zostać. Taki punkt przejściowy, z sali dla osób w stanie tragicznym do sali dla osób…., a no właśnie – za bardzo nie wiadomo jakich…

Wreszcie OiOM uznał Maćka za persona non grata i kazał go zabierać. A gdzie się pytam? Nieprzytomny, karmiony przez nos – kroplówka, z respiratorem w krtani, cewnikiem. Na materacu odleżynowym, z gorączką, systematycznie odflegamiany, oklepywany, dostający zastrzyki… Gdzie się podziać? Gdzie dalej leczyć? Jak ratować ? Pomogli dobrzy ludzie. Nie trafiliśmy na ulicę, wzięli Maćka na oddział neurochirurgiczny w tym samym szpitalu. I zaopiekowali się. Na ile mogli. A w zasadzie nie mogli za wiele. Maciek to nie był pacjent dla nich. On u nich wegetował a oni mu zapewniali trwanie w tej wegetacji. Opiekowali się, dbali, ale nie leczyli. Bo i nie mogli, ale w tamtym momencie bardzo nam pomogli. Dali nam chwilę czasu a dzięki pomocy rodziny i dobrych ludzi zgodził się go przyjąć i leczyć Szpital Wojskowy w Bydgoszczy.

OIOM to swego rodzaju czyściec – skala dramatycznych doznań jakie spadają na człowieka jest tam niewyobrażalna. Wiele rzeczy jest trudnych do pojęcia i pogodzenia się z nimi. Przeżyliśmy tam traumatyczne doznania i upokorzenia. Ale to na OIOMie uratowano Maćkowi życie – pamiętamy o tym. 

Kontakt

Szukasz pomocy? NAPISZ do nas!

E-mail: info@po-wypadku.info.pl